Syrena wyje na trzy | Dorota Salus

SYRENA WYJE TRZY RAZY

W ciemnym, zadymionym labiryncie wąskich korytarzy jest gorąco. Słychać krzyki palących się ludzi, płacz dzieci. Żeby przez niego przejść, trzeba przesuwać szyby, przeciskać się bokiem, czołgać. – I w tym momencie wielu ludzi wpada w panikę, ma objawy klaustrofobii, dusi się – mówi Leszek z Ochotniczej Straży Pożarnej na codzień pracujący w prywatnej firmie samochodowej.

Arek, na co dzień pracownik budżetówki, o akcjach Ochotniczej Straży Pożarnej Bechcice (województwo łódzkie) dowiaduje się z SMS-a. Aplikacja informuje go o zdarzeniu specyficznym, głośniejszym dźwiękiem, więc nawet bez czytania treści od razu wie, o co chodzi. Gdy jest w pracy, ale nie ma nic pilnego do zrobienia, szef pozwala mu jechać.

– Raz wezwali nas do pożaru trzcin na stawie. W trakcie drogi usłyszeliśmy, że pali się klasztor w Lutomiersku i potrzebują wszystkich okolicznych sił. Więc ostry zakręt i do klasztoru – opowiada Arek. Już z daleka widać było jęzory ognia liżące klasztorne wieże. Na miejscu białe kaski ochotników mieszały się z czerwonymi hełmami straży państwowej. Niektórzy strażacy już weszli na dach, inni podstawiali drabiny, wokół wszędzie ogień. Właśnie skończyła się ewakuacja ludzi z kościoła, głównie starsze kobiety.

– Stanęły w grupie i patrzą na płonący klasztor. Nagle wyjmują różańce i na klęczki. Zaczynają się modlić. My z wężami, a one z różańcami. Biegamy między nimi, bo ogień z dachu kościoła coraz bardziej się rozprzestrzenia. Każdy w nerwach. Wiadomo, czasem któryś z nas rzuci bluźnierstwo. A  w tle modlitwa i płomienie – wspomina Arek.

Akcja trwała do drugiej w nocy. – Pewnie, że było niebezpiecznie. Pożar pożarem, ale potem czekała nas rozbiórka dachu, praca na wysokości. A na końcu zrobiło się smutno – dodaje. W budynku mieściła się szkoła salezjańska, a w niej na najwyższym piętrze sala z fortepianami. Podczas gaszenia trochę wody dostało się do środka, więc strażacy znosili instrumenty na dół, by je uratować. – „No nie wiem, panowie, co przyniosło więcej szkody – ten ogień czy ta wasza woda”, skomentował na koniec ksiądz. Takie podziękowanie – wzrusza ramionami Arek. – Już nawet nie miałem siły z nim dyskutować.

Fot. Unsplash

Całość artykułu dostępna w "Gazeta.pl Weekend"

Całość opublikowana w "Gazeta.pl Weekend"